główna | koncerty | archiwum | kontakt
Adam Andryszczyk
biografia o sobie galeria poezja proza teksty muzyka
a listek jesienny to jest takie coś, co buja nostalgią na wietrze - ktoś nań nadepnie, to westchnie ktoś, a inny - dupę podetrze...




SAM O SOBIE

Ten, kto urodził się trzynastego maja ale nie w piątek, może mówić o wielkim szczęściu. Ja do takich szczęściarzy się zaliczam. Z natury jestem pogodnego usposobienia i nawet nie zmieniła tego wielość pogrzebów w jakich przyszło mi uczestniczyć od piątego roku życia. Wychowywałem się z matką, która trzykrotnie wychodziła za mąż i dwa razy wdowiała. Mój drugi ojczym pobył w domu zaledwie... jeden dzień. W niespełna trzy miesiące później dołączył do reszty mojej rodziny w Niebiesiech.
Pierwszych piętnaście lat (szkoła podstawowa) upłynęło mi w ciszy i spokoju, pod matczynym okiem, w zadumie Pięciu Kilometrów Niczego, czyli Kowalach Oleckich, gminnej miejscowości w paśmie Mazur Garbatych.
Później uczyłem się w oleckiej zawodówce na kierunku "kierowca mechanik pojazdów samochodowych". Mieszkałem na stancji i w kajeciku odznaczałem przewagarowane dni. Po trzech latach wyszło, że... przez rok nie było mnie w szkole. Ale kłopotów w szkole nie miałem.
Cud? Nie. Fart.
W zawodówce zacząłem interesować się muzykowaniem; grą na perkusji i gitarze. Jak większość kolegów z podwórka tak i ja uczyłem się gitarowych "chwytów" (o akordach nikt z nas nie słyszał) i rżnąłem ówczesne przeboje Laskowskiego. Był to czas, kiedy zacząłem grać na wiejskich zabawach i weselach. Nie wstydzę się tego. Były to lata durne i chmurne. Oprócz nowych "chwytów" nauczyłem się palić i pić. Kiedy znudziło mnie zabawowe granie, założyłem zespół rockowy "Zakaz Biwakowania". Jako najstarszy (siedemnaście lat), miałem tam najwięcej do powiedzenia: pisałem teksty i muzykę. Grałem na gitarze elektrycznej i śpiewałem. Naszym największym sukcesem było zakwalifikowanie się do finału Ogólnopolskiego Konkursu Młodych Talentów. Tak, tak, na jednej scenie (olsztyńska "Urania") zagraliśmy z "Oddziałem Zamkniętym" i "Republiką"...
Cud? Nie. Fart.
Następne trzy lata przeniosły mnie do Suwałk. Uczyłem się tam w technikum samochodowym. "Zakaz Biwakowania" rozpadł się. Na powrót zacząłem grać na perkusji. Los zetknął mnie z suwalskim zespołem "Tangram", którego liderem był Marcin Wawruk - jak czas pokazał, późniejszy laureat "Fryderyka" i muzyczna ostoja Norbiego. W "Tangramie" grałem na bębnach. To Marcin mnie nauczył grać z nut na tym instrumencie. Potem zostaliśmy bez lidera (wyjechał) i los zetknął mnie z ełcką grupą "Bezkrólewie" - następcami legendarnego zespołu "Ogród Wyobraźni". Art rock non stop. Perkusja i nuty. Niektórzy mieli mnie za idiotę widząc, że coś zapisuję. Inaczej nie sposób było grać tak połamanej muzyki przy próbach raz w tygodniu. Z "Bezkrólewiem" wygraliśmy jakiś konkurs w Łodzi i dostaliśmy się na "Rockowisko". Nie pojechaliśmy.
Miałem dość kłopotów z salą, sprzętem, dyrekcjami kolejnych Domów Kultury. Za trzy tysiące złotych (1984) i całą dyskografię SBB na czarnych krążkach (mam je do dziś) sprzedałem swoją elektryczną gitarę. Pojechałem do Gdyni, gdzie u Tomka Grzeszczaka zamówiłem gitarę klasyczną. Było to czarne pudło, jedno z trzech w Polsce (na jednym takim grał Tomek Olszewski), które niesamowicie brzmiało i nie mieściło się do standardowych futerałów. Targałem je w futerale od akustycznej "dwunastki".
Maturę i dyplom technika-mechanika pojazdów samochodowych zdobyłem w 1985 roku. Aby było ciekawiej, swoje papiery złożyłem do... Teatru Muzycznego w Gdyni. Kandydatów było stu. Zdało (w tym i ja) dwudziestu jeden. W przerwie pan Gruza oznajmił, że miejsc jest czternaście, a pierwszeństwo mają osoby, które nie dostały się w roku ubiegłym, oraz te, które przez ostatni rok pracowały w teatrze jako chórzyści lub statyści. Pozostałą siódemkę zaprosił za rok. Obiecał nam pierwszeństwo.
Miałem już wyuczony zawód, wobec czego na jesieni czekało mnie wojsko. Zrezygnowany wsiadłem do pociągu. W Tczewie do mojego przedziału wsiadły dwie dziewczyny. Z rozmowy wynikło, że wiozą dokumenty do olsztyńskiej WSP. Namówiły mnie do zdawania tam egzaminów. Pani w dziekanacie zapytała, na jaki wydział i kierunek chcę zdawać. Odpowiedziałem pytaniem: a jakie są?
Ja zdałem, tamte dziewczyny nie.
Cud? Nie. Fart.
Studia to szalone lata chwały, szaleństw i sponiewierania aż do bólu. W tym okresie zdobyłem w różnych konfiguracjach zespołowo-solowych prawie wszystkie nagrody na liczących się studenckich festiwalach i konkursach. Ściśle współpracowałem z Krystyną Możejko; pisałem jej piosenki (m.in. "Tęskniacz" - ...prowadź, melodio ma - przebój "YAPY`88"), akompaniowałem, a czasem śpiewałem z nią w duecie (koncert "Debiuty" 1989 rok w Opolu - satyryczna wersja mickiewiczowskiej "Świtezianki"). Ścisłość tej współpracy zaowocowała córką - Idą. Nasze małżeństwo było początkiem końca naszego związku. Po studiach zamieszkaliśmy w Kowalach Oleckich, skąd po dwóch latach (1993) Krystyna z córką wyprowadziły się. Dzisiaj, po piętnastu latach rozłąki, znowu mieszkamy razem.
Cud? Nie. Fart.
Po studiach podjąłem pracę w Domu Dziecka. Przepracowałem tam piętnaście miesięcy. Później zwolniłem się. Półtora roku zasiłku. Następnie - pół roku w Pogotowiu Opiekuńczym na Pradze Południe w Warszawie. Potem rok zasiłku. Na koniec - dziewięć miesięcy w internacie. Zwolniłem się na prośbę dyrektora. Rok "kuroniówki" i szlus.
Te wszystkie okresy etatowej pracy i pobierania zasiłków przeplatałem różnymi zajęciami: pracowałem jako mechanik samochodowy, jako pomocnik drwala, kopałem rowy pod kabel telefoniczny w Berlinie, zakładałem ogrody w Belgii, liznąłem trochę geodezji, a najwięcej czasu, bo prawie dwa lata, spędziłem na Krymie. Pracowałem tam jako pilot wycieczek. Pilot, to za duże słowo - moim zadaniem było przewożenie wycieczek z Brześcia do Symferopola i z powrotem. Co tam się działo! Ale o tych cudach piszę w powieści "Krymski Łut".
Przez te wszystkie lata piłem. Piłem coraz więcej i więcej. Krym - to było apogeum picia. Na szczęście po powrocie ochłonąłem.
15 stycznia 1998 roku to data, kiedy narodziłem się po raz drugi.
Cud? Nie. Fart.
Gdy trzeźwym okiem zacząłem szukać jakiegoś etatu, doznałem olśnienia! Przecież mam jeszcze jeden, jeżeli nie dobry, to przynajmniej ciekawy fach! Dlaczego nie miałbym spróbować tego, co potrafię - a na pewno lubię robić najbardziej?
Odważyłem się żyć z własnej tworczości.
Kiedy po dwudziestu latach spotkałem kolegę z "Zakazu Biwakowania" ten zapytał co porabiam.
- Gram, piszę, robię filmy - odpowiedziałem.
- No dobra, a z czego żyjesz?
- Właśnie z tego...

A może to ni cud, ni fart, a jedynie - życie?