W środku marcowej nocy wysiadłem na Dworcu Centralnym w Warszawie. W głowie mi szumiało; sam nie wiem - z wrażeń, pijaństwa, czy od fortuny jaką miałem w tajnej kieszeni. Wracałem z Belgii. Czułem się bogaty, silny, ważny. W torbie pobrzękiwały butelki z niemieckim piwem. Słowiańska dusza rwała się do czynu. No, jeżeli nie do czynu, to przynajmniej do drobnego, ale dobrego uczynku.
Napatoczył mi się "dworcowy bezdomny". Jego siwa broda, brudne ciuchy i połatana torba wydały się godne ubolewania. Postanowiłem mu pomóc dając taki szmal, jakiego jeszcze nie widział. Przysiadłem doń na peronowej ławce.
Dworcowy dziad przyjrzał mi się bacznie. Milczał. Gdy już miałem sięgnąć do kieszeni, by go oszołomić darowizną, odezwał się:
- Widzę, że potrzebujesz pomocy. Masz - wyciągął z połatanej torby niewielki zeszycik i podał mi go.
Zaniemówiłem. Gdy odzyskałem rezon, dziad odszedł w peronowe zaułki. Na ławce pozostał niemiłosiernie wyświechtany zeszyt, który aż kleił się od brudu. Wziąłem go nie bez obrzydzenia. Na wewnętrznej stronie okładki widniał wykaligrafowany napis: przeczytaj i podaj dalej. Zajrzałem do środka. Kartki były pokryte koślawymi literami, kleksami i plamami różnego autoramentu. Zapiski te najwidoczniej służyły niejednej osobie i niejednemu celowi. Z toaletowym włącznie. Wnioskowałem to po resztkach wyrwanych kartek. Treść dawała się ledwie rozszyfrować. Litery były pisane różnymi narzędziami, najprawdopodobniej przez wiele osób. Było to coś na kształt pamiętnika bezdomnych dziadów. Otwierałem zeszycik i trafiałem na jakieś mędrkowanie, przeplatane moralizatorskimi historyjkami dla debilowatych nieudaczników. Wszystko było nadęte i mentorskie, niczym niedzielne kazanie w prowincjonalnym miasteczku. Wśród tych przypowiastek przewijał się Bóg, Mahomet, Żyd, Car, Szatan i wielu innych możnych Tego, i Tamtego świata.
Chyba tylko dzięki wjeżdżającemu pociągowi nie wyrzuciłem tego podarunku do kosza. Wciskając odruchowo zeszycik między butelki niemieckiego piwa pośpiesznie wskoczyłem do wagonu. Tam dałem w gaz i na parę lat zapomniałem o wręczonych zapiskach.
Dopiero na wiosnę 1998 roku przypomniałem o dworcowym dziadzie i jego podarku. Był to czas, kiedy faktycznie potrzebowałem pomocy. Z niemałym trudem odszukałem zeszycik, a z jeszcze większym odczytałem go. Będąc w niezłych życiowych tarapatach zupełnie inaczej odbierałem treść tych zapisków. Drażnił mnie co prawda ich styl i patos, nie wszystko było jasne, ale podświadomie czułem, że są to rzeczy bardzo ważne, które być może z czasem pojmę.
To co zdołałem - przepisałem, wyłgadziłem i uporządkowałem. Oryginał, zgodnie z zaleceniem, podałem dalej. Całość podzieliłem na części, by nie zniechęcić czytelnika nawałem tak prostych, ale istotnych informacji. Namawiam do tego, aby ten, kto to będzie czytać, wiedział, że do tej lektury można i należy powracać, że można ją czytać dowolnie, bez żadnej kolejności. Są tam prawdy uniwersalne, których dotykamy co dnia, nie zawsze zdając sobie sprawę z ich istnienia. Są jak paciorki życiowego różańca - w każdym z nich kryje się nie jakaś oklepana formułka, ale odpowiedź na te Najważniejsze Pytania...
|